Każdego poniedziałku, kiedy jadę na rynek do Wrocławia, słyszę to samo pytanie. „A dorsz świeży?" „A łosoś hodowlany czy norweski?" „Mają państwo śledzia?" Trzy ryby. Zawsze te same trzy. Jakby Bałtyk miał tylko trzy gatunki, a reszta morza była dekoracją.
Mam wam coś do wyznania. Po piętnastu latach gotowania w restauracjach — najpierw w Warszawie, potem we Włoszech, w końcu tutaj, w Tawernie nad Mariną Oławą — wiem, że Bałtyk daje co najmniej dwadzieścia gatunków, które warto mieć na talerzu. Niektóre znikają z polskich kart, bo nikt nie wie, co z nimi zrobić. Inne uchodzą za biedne. A są też takie, które rybacy zostawiają sobie do domu, bo „pan z restauracji ich nie zna".
To jest ten artykuł, który chciałam napisać od trzech lat. Pięć ryb. Każda ma inną historię, inny sezon, inny sposób gotowania. Wszystkie pięć łowi się w polskiej strefie Bałtyku, każda kosztuje mniej niż połowa filetowanego dorsza w Lidlu, a smakują — moim zdaniem — niczym najlepsza kuchnia śródziemnomorska. Tylko że tutaj, dwie godziny od Wrocławia.
Belona — ryba ze szmaragdowym kręgosłupem
Pierwszy raz zobaczyłam belonę u rybaka Tadeusza w Helu, latem 2019 roku. Wyglądała jak miecz — długa, srebrna, z dziobem ostrym jak igła do haftowania. „Pani Aniu, tej nikt nie chce — mówił Tadeusz, wkładając mi cztery sztuki do siatki za połowę ceny dorsza. — Bo ości ma zielone."
I rzeczywiście. Kręgosłup beloni ma kolor szmaragdu. Nie jest to żaden trik światła ani choroba — to naturalny pigment biliwerdyna, ten sam, który nadaje barwę żółci. Ludzie się tego boją, jakby ryba była zatruta. Tymczasem mięso beloni jest delikatne, lekko słodkawe, z teksturą gdzieś między pstrągiem a sandaczem. Latem łowi się ją kilometrami od brzegu, kiedy ławice gonią szproty przy plażach. Sezon: maj–lipiec, miejscami do września.
Jak gotować? Najprościej. Filetuję belonę wzdłuż grzbietu, posypuję gruboziarnistą solą z Łeby i czarnym pieprzem prosto z młynka. Patelnia żeliwna, masło klarowane, dwie minuty z każdej strony. Wykończenie: łyżeczka kaparów, ćwiartka cytryny, kilka listków świeżego oregano z naszego ogródka za kuchnią. Podaję na grzance z zakwasu od Magdy z Jelcza. Tyle. Nic więcej. Belona nie potrzebuje sosu, nie potrzebuje glazury, nie potrzebuje zdjęcia na Instagramie. Potrzebuje tylko, żebyście jej nie przegotowali.
Gdzie kupić? Władysławowo, port — pytajcie o Tadeusza Wyrostka albo Mariusza Tomczyka. We Wrocławiu sprowadzam ją sama dwa razy w miesiącu. Kosztuje 28–35 zł za kilogram. To więcej niż dorsz hodowlany, mniej niż dziki łosoś.
Babka czarna — włoska kuzynka z Bałtyku
Babka czarna brzmi jak coś, co wkłada się dziecku do bajki. W rzeczywistości jest to ryba, której Włosi pozazdrościliby Bałtykowi — gdyby tylko ją u nas znali. Mała, ciemna, koło dwudziestu centymetrów długości, mięso białe i mocne, prawie jak u morszczuka, ale słodsze. To gatunek inwazyjny, przybył z Morza Kaspijskiego trzydzieści lat temu i rozmnożył się tak, że dziś rybacy łapią ją kilogramami. Uznają za szkodnika. A ja — za skarb.
Włosi nazwaliby ją ghiozzo i robili z niej cacciucco — gulasz toskański z pomidorami, czosnkiem, chili i białym winem. Robię prawie identycznie, tylko czosnek zamieniam na cebulę szalotkę z gospodarstwa Ewy Sojki spod Brzegu, a wino — na riesling z winnicy Adoria. Babka czarna trzyma kształt podczas gotowania, nie rozpada się jak dorsz. Można ją gotować długo, na małym ogniu, jak ossobuco.
Drugi sposób — koreański. Bardzo cienkie filety, marynowane przez dwadzieścia minut w sosie sojowym, czosnku i imbirze, potem smażone na rozgrzanym oleju sezamowym. Posypane prażonym sezamem i drobno krojonym dymem. Brzmi nie po polsku, smakuje genialnie. Robię to w Tawernie raz w miesiącu, jako amuse-bouche, i ludzie potem pytają, gdzie sprowadzam tego „japońskiego batona".
Babka czarna jest tania (15–22 zł/kg), całoroczna i — co najważniejsze — łowiąc ją, pomagacie ekosystemowi Bałtyku.
Komentarze czytelników
3 komentarzePani Aniu, dziękuję! Mój dziadek z Helu robił belonę dokładnie tak, jak Pani opisała — masło, cytryna, pieprz. Pamiętam, że jako dziecko bałam się tego zielonego kręgosłupa, a babcia śmiała się i mówiła „Magduś, to morze farbuje, nie strach". Wczoraj kupiłam belonę u Tadeusza, ugotowałam z synem. Ośmiolatek zjadł całą porcję. Wzruszające.
Stornia — najprawdziwsze odkrycie ostatnich lat. Byliśmy z żoną w Tawernie miesiąc temu, zamówiliśmy „Storni babci Aneczki" w naleśnikowym cieście. Trzy minuty rozmawialiśmy, ile kosztowała ta porcja, czy nie pomyłka, czy aby na pewno tylko 38 zł — bo smakowało jak coś z restauracji za 200. Teraz robię w domu. Dziękuję za opowieść o Magdzie i jej zakwasie, kupiłem także bochenek po drodze.
Jako biolog morski czytam takie teksty z radością — nareszcie ktoś poza środowiskiem akademickim mówi o babce czarnej rozsądnie. To gatunek inwazyjny, każda zjedzona ryba pomaga rodzimym populacjom okonia i sandacza. Polecam dodać też ciernika i cefalomedyna — kolejne dwie zaniedbane ryby Bałtyku. A za przepis koreański dziękuję, próbuję w weekend.
Mapy do skarbów co miesiąc
Co przyniósł sezon, jakie wina otworzyliśmy, który wpis Anny warto przeczytać.